Uwaga, świnia
24 wrz
Stojąc niedawno na hiszpańskim poboczu sfotografowałem znak drogowy. Nie katedrę, nie morze, nie zachód słońca. Ostrzegawczy znak z czarną sylwetką w środku. Hiszpanie twierdzą, że to dzik. Ja, wychowany na polskim życiu publicznym, zobaczyłem świnię.
Jak nic: uwaga, świnia!
U nas taki znak powinien stać nie przy drodze dla kierowców, tylko przy drodze zawodowej. Swoją drogą, polszczyzna ma o świni całkiem sporo do powiedzenia.
Najpierw ktoś pisze do ciebie po imieniu, choć razem świń nie pasaliście. Potem robi ci za plecami świństwo i podkłada świnię tak, żebyś się na niej z kretesem wyrżnął. Czasem nikogo nie potrzeba, bo człowiek potrafi się ześwinić sam. Na końcu ktoś publicznie nazywa cię świnią i mało kto kwapi się, by pomóc ci się bronić. A ten jeden, który ostrzegał wcześniej, słyszał, że rzuca perły przed wieprze.
Pełna ścieżka niejednej kariery w kilku związkach frazeologicznych.
Na Półwyspie Iberyjskim świnia cieszy się zgoła odmienną opinią. Dla Hiszpanów el cerdo to nie obelga, tylko symbol dostatku. Mają na to nawet przysłowie: del cerdo se aprovechan hasta los andares, czyli ze świni wykorzystuje się wszystko, nawet jej chód. Słowem, nic się nie marnuje.
My też nie marnujemy potencjału świni. Tyle że w Polsce robi ona za barter w handlu resztkami publicznej reputacji. Hiszpanie mają na to jeden znak przy drodze. My mamy cały inwentarz.
I LinkedIn.
Bo gdzie w polskim Internecie świnia ma najlepsze warunki do tuczu? Tam, gdzie wszyscy są dla siebie mili aż czasem mdli.
Popatrz na swój feed. „Z radością informuję, że objąłem stanowisko…”. „Z dumą ogłaszam…”. „Nowy rozdział…”. Retuszowane zdjęcie w garniturze vel garsonce, obowiązkowo na tle ściany z logo. Podziękowania dla zespołu, mentora i rodziny. Sto dwadzieścia gratulacji w dwie godziny. „Zasłużone!”. „Trzymam kciuki!”. „Brawo, Darek!”, pisze ktoś, z kim Darek świń nawet nie pasał. LinkedIn takimi peanami żyje. Nie wszyscy piszą to szczerze, ale piszą.
I teraz uwaga. Pod twoim radosnym wpisem czytają cię trzy grupy.
Pierwsza gratuluje. Z nią nie ma problemu, poza tym, że jutro o tobie zapomni.
Druga to dziennikarze. Dziennikarze gratulacji nie czytają. Dziennikarze scrollują w dół. Twoje wpisy sprzed pięciu lat. Niesmaczny żart, który polubiłeś kiedyś w nocy. Zdjęcie z konferencji, na którym stoisz obok człowieka, o którym dziś pisze się w zupełnie innej kronice niż kronika sukcesów.
Sam byłem kiedyś dziennikarzem, robiłem taki research ślęcząc cały dzień w archiwum. Dziś zajmuje to kilka minut, nie trzeba nawet wstawać z fotela.
Trzecia grupa czyta najdokładniej. To ci, którzy na twoje stanowisko liczyli. Oni nie zostawią komentarza. Oni zrobią sobie zrzut ekranu. Takie zawodowe memento mori.
I tu dochodzimy do paradoksalnej prawdy o podkładaniu polskich świń. W większości przypadków nikt ci jej nie podkłada. A przynajmniej tak sobie to racjonalizuje. W jego odczuciu zeświniłeś się sam, stawiając niewłaściwego lajka lub stając niegdyś do zdjęcia obok dzisiejszego aferzysty. On tylko namierza, dorzuca błota, tuczy i podkłada ci tę dorodną świnię na twoją drogę zawodową wtedy, kiedy twoja kariera nabrała rozpędu.
Co więc robię z klientem, który jest już na ryzykownym pułapie sukcesu, aby o tę świnię się na pierwszym zakręcie nie wyłożył?
Zanim kliknie „opublikuj”:
- Najpierw sami szukamy świni. Czytamy wszystko: profil, stare wypowiedzi, zdjęcia, na których go oznaczono. Dokładnie tak, jak zrobi to dziennikarz, tylko wcześniej. Szukamy jednego pytania, na które nie ma dobrej odpowiedzi.
- Potem piszemy o zadaniu, nie o sobie. „Z radością informuję” to zdanie o tobie. Większości ludzi twoja radość nie interesuje. Interesuje ich to, co zamierzasz zrobić, dla kogo i do kiedy. Jedno zdanie o celu da ci więcej niż akapit podziękowań.
- Na koniec mamy gotowe pierwsze zdanie. Nie sążniste oświadczenie. Jedno zdanie w odpowiedzi na pierwsze trudne pytanie. Takie, które da się spokojnie powiedzieć przez telefon. Nawet zaraz po przebudzeniu.
W Hiszpanii taki znak to raczej rzadkość. A i świń nie widać. W Polsce taki znak mógłby stać w Sejmie, w urzędach, w redakcjach i przy wielu profilach na LinkedInie. Ku przestrodze. Pomijam X, gdzie świniobicie jest na porządku dziennym.
Hiszpanie mają jeszcze jedno przysłowie: a cada cerdo le llega su San Martín. Każda świnia doczeka swojego świętego Marcina, czyli dnia, w którym od wieków szło się na świniobicie.
U nas ten dzień ma bardzo konkretną datę. To dzień, w którym ogłaszasz światu: „Z radością informuję...”.
Największym wrogiem twojego nazwiska nie jest świnia. Jest nim przekonanie, że po okupionym ciężką pracą (a czasem kilkoma świństewkami :) awansie żadna świnia ci już nie wyskoczy na drogę bez ostrzeżenia.
Miej to na uwadze, zanim następnym razem „Z radością ogłosisz…”. Szczególnie wtedy, gdy stawką jest twoje nazwisko.
Napisz do mnie: maciej@rytczak.pl
Sprawdź moją ofertę, rozpocznijmy współpracę
Komunikacja, strategia i marka osobista dla osób publicznych z mandatem zaufania. Maciej Rytczak.
Przeglądaj inne artykuły
19 wrz
WORKATION czy WARCATION?
Przez lata na pytanie o moją California rzucałem z uśmiechem: „To mój plecak ewakuacyjny”. Ten żart właśnie przestał być śmieszny. Kiedy premier mówi w Sejmie o trudnej zimie i dronach, chłodna analityka zderza się z naszą potrzebą poczucia bezpieczeństwa. Strefa komfortu, w której żyliśmy przez trzy dekady, właśnie pęka. Czy w chaotycznym świecie posiadanie własnego planu B i zatankowanego campervana to tylko ucieczka przed biurem, czy już gotowość na coś więcej?
17 wrz
Nie potrzebujesz lepszego biura. Potrzebujesz lepszej perspektywy.
Rutyna zabija szybciej niż konkurencja. Gallup pokazuje, że 8 na 10 pracowników doświadcza wypalenia, a lekarstwem nie jest droższy open space, tylko autonomia i zmiana perspektywy. Świat potrzebuje i lotniskowców, i pirackich galeonów. Ten tekst jest o tym, dlaczego czasem ławka na klifie w Chorwacji działa lepiej niż warszawskie biuro za 10k miesięcznie.
11 wrz
Olsztyński listek przeżył niejednego dyrektora
W weekend zaparkowałem na nockę nad Ukielem. Pierwszy raz od dziesięciu lat. Na tabliczkach, flagach i całej gamie elementów brandingowych zauważyłem zielony listek, który wprowadzałem w 2010 roku. Włączyła mi się budująca retrospekcja o myśleniu systemowym.