GEOPOLITYKA

WORKATION czy WARCATION?

19 wrz

Przez lata na pytanie o moją California rzucałem z uśmiechem: „To mój plecak ewakuacyjny”. Ten żart właśnie przestał być śmieszny. Kiedy premier mówi w Sejmie o trudnej zimie i dronach, chłodna analityka zderza się z naszą potrzebą poczucia bezpieczeństwa. Strefa komfortu, w której żyliśmy przez trzy dekady, właśnie pęka. Czy w chaotycznym świecie posiadanie własnego planu B i zatankowanego campervana to tylko ucieczka przed biurem, czy już gotowość na coś więcej?

WORKATION czy WARCATION?

Przez lata na pytanie „Po co ci właściwie ta California?” miałem żartobliwą odpowiedź: „To mój plecak ewakuacyjny”. Uśmiech za uśmiech z rozmówcą, łyk kawy, temat zamknięty.

Ten żart właśnie przestał być zabawny.

Kiedy premier w Sejmie mówi o trudnej jesieni i zimie, możliwych incydentach i dronach, które mogą eksplodować po naszej stronie granicy, to nie jest już polityczny teatr ani brak empatii. To chłodna analityka i przebłysk realizmu geopolitycznego. Dla większości z nas to wciąż abstrakcja. W kraju, który od ponad trzech dekad żyje w przekonaniu, że historia się skończyła, a pokój jest dany raz na zawsze.

Bezwzględna logika systemu

W komunikacji kryzysowej państwa istnieje bezwzględna logika: szacowanie ryzyka i zarządzanie paniką. Jeśli premier powie za mało, społeczeństwo zbagatelizuje zagrożenie. Jeśli powie słowo za dużo, w dwa dni ze sklepów zniknie woda, a na stacjach zabraknie paliwa. Politycy starają się, jak potrafią, dbać o stabilność całości państwa, nawet jeśli po drodze gubią jednostkę.

Zderzenie z twardą rzeczywistością tworzy głębokie pęknięcie: państwo operuje językiem globalnej strategii, odporności systemu i ważnych decyzji, a obywatel zostaje ze swoim jednostkowym poczuciem braku bezpieczeństwa i bezradnością.

Tych dwóch narracji nie da się dziś zsynchronizować.

Diagnoza przekazana przez telefon

Wczoraj czytałem na FB poruszający wpis mieszkanki Lubelszczyzny, lekarki. Porównała tę sytuację do medycyny: jest w sztuce lekarskiej twarda zasada, że druzgocącej diagnozy nie przekazuje się pacjentowi przez telefon. Nie robisz tego, bo nie wiesz, jak człowiek zareaguje, kiedy zostanie sam w czterech ścianach, bez wsparcia i bez jasnego planu, co dalej.

A ona została z tą wieścią od premiera dokładnie w ten sposób: sama w domu, z trójką dzieci w spektrum autyzmu.

Na Lubelszczyźnie dzieci z płaczem schodziły do szkolnych piwnic. Wyły syreny, nad domami latały myśliwce. Malownicze rubieże polskiego Wschodu nagle zaczęły wyglądać jak zaplecze frontu.

I ta kobieta zadaje w sieci pytania, które są podręcznikowym studium psychologii lęku:

  • Czy ktoś będzie chciał umierać za Lubelszczyznę i Podkarpacie?
  • Gdzie kończy się granica bezpieczeństwa: tam, dokąd przypadkiem doleci dron?
  • Czy mamy tu może ginąć po to, żeby Europa spała spokojnie?

Ta przestraszona Polka płaci podatki, kształci młodych obywateli i chce normalnie żyć. Ale kiedy państwo myśli korytarzami strategicznymi, ona, myśli o tym, czy jutro nie będzie musiała uciekać z dziećmi z domu.

Zarządzanie niepewnością

Od trzech dekad żyję z planowania, strategii, harmonogramów i kamieni milowych w komunikacji. Patrząc dziś na przekaz medialny, widzę, jak bezradna staje się architektura naszego spokoju. Nagle dociera do nas, że nie potrafimy zaplanować nadchodzącej zimy.

Nie mam gotowej odpowiedzi na pytania lekarki. Wiem tylko, że na lęk nie ma lepszego lekarstwa niż przygotowanie. Robię więc to, co w sytuacji niepewności robi każdy dojrzały człowiek: zarządzam tym, na co mam wpływ.

A więc: inwentaryzacja!

Zapas wody. Kuchenka gazowa, kasza, konserwy, kawa. Magazyny prądu, panele słoneczne, naładowane powerbanki. Radio na korbkę, bo analogowy UKF może być jedynym źródłem informacji. Czołówka, flara i papierowa mapa. Plus pełny bak i kanistry, fundament, o którym często zapominamy, a bez którego kamper staje się drogim namiotem.

Zestaw jak z rządowych poradników przetrwania. Tylko że u mnie California nie miała być „plecakiem ewakuacyjnym”. To była po prostu nawykowa gotowość na zmienność świata w drodze.

Mobilna polisa ubezpieczeniowa

Kiedy pisze się o takich rzeczach, uruchamia się społeczny mechanizm wyparcia: „nie strasz, nie strasz...”. To naturalny odruch psychiki, która broni strefy komfortu. Ale prawda jest taka, że to nie słowa straszą. Robi to rzeczywistość wokół nas.

Przez dekady VW California był symbolem wolności i komfortu mobilnego życia. Dziś moja California stoi na podjeździe raczej jak mobilna polisa ubezpieczeniowa. Lekki żart rzucony kiedyś przy kawie zamienił się w niepokojącą diagnozę czasów, w których przyszło nam żyć.

Nie mam złudzeń, że blacha ochroni mnie przed szahedem. Różnica jest wyłącznie psychologiczna: w świecie pełnym chaotycznych bodźców posiadanie planu B daje większą przestrzeń na racjonalne decyzje. Najlepszy plecak ewakuacyjny to taki, którego nie trzeba pakować w panice. Mój stoi gotowy.

Jednak w całym tym zamieszaniu życzę sobie i Wam, żeby moja California służyła mi zawsze i wyłącznie do ucieczki przed biurem, a nie przed wojną.

Sprawdź moją ofertę, rozpocznijmy współpracę

Komunikacja, strategia i marka osobista dla osób publicznych z mandatem zaufania. Maciej Rytczak.

POROZMAWIAJMY
Kontakt

Zacznijmy od diagnozy